Chodzenie do kościoła jest dla mnie niebezpieczne

Ostatnio wyszłam z kościoła po komunii. Tydzień później po kazaniu.
Nie zliczę ile razy męczyłam się na kazaniu, aby nie wyjść jednak zostając i cierpiąc: starając się nie słuchać lub stale siebie przekonywać, że ksiądz się myli.
 
Dlaczego to ja się męczę, rozumiejąc jak różne problemy mają ludzie i w jak różnych są sytuacjach, a nie ksiądz się rozwija, aby się tego dowiedzieć?
 
Dlaczego mam słuchać kogoś, kto kieruje się stereotypami?
Dlaczego mam słuchać kogoś, kto nie postarał się Ewangelii przedstawić w sposób przystępny, tylko ogólny – używając słów: godność dzieci bożych, niesienie własnego krzyża, łaska miłosiernego Boga.

Ja tego nie rozumiem i bez przykładu z życia nie zrozumiem.

Bóg mówił historiami z codzienności dla ówczesnych ludzi, aby zrozumieli: pasterz, bukłaki, faryzeusze, połów ryb o wschodzie. Interpretował to po to, aby łatwiej im było zrozumieć.
 
Księża często nie tłumaczą Ewangelii na nasze i nadal używają starych przykładów nie pasujących do dzisiejszych czasów, zamiast powołać się na życie człowieka w dzisiejszym świecie pracującego na etacie, a nie w łódce łowiącego ryby.
 
Co słyszę w kościele? Nawiązanie do tego, że Jezus tak bardzo chciał być blisko ludzi, że aż podawał historie z ich życia. Dopowiadają do tego jakie to jest okazanie miłości, miłosierdzia, przypominanie godności dzieci bożych, poświęcenie Boga by umrzeć za nas na krzyżu do tego oczywiście dołożą, że my jesteśmy za to niewdzięczni i warto abyśmy się zastanowili czym dla nas jest wiara.
 
Zamiast zinterpretować przykład na dzisiejsze czasy jeszcze bardziej go komplikują.

A to przykład dobrze przedstawiony jest w stanie powiedzieć to co trzeba sam za siebie!

Na wyjeździe w górach w zeszłym roku podczas spowiedzi ksiądz powiedział mi, żebym znalazła sobie kierownika duchowego, który mnie nie skrzywdzi. Powiedziałam, że jestem w trakcie terapii i zaczęłam dostrzegać wiele nieprawidłowości w jakie wierzyłam, jak to, że to zawsze ja mam wyciągać rękę i mam możliwość zmienić relację z drugim człowiekiem. Nie mam.
Szukałam. Byłam w 8 różnych kościołach. Nie znalazłam. Co gorsza to na co się wystawiłam idąc w te miejsca źle na mnie wpłynęło. Do tego stopnia, że gdy trzy tygodnie temu usłyszałam wzniosłe słowa wzbudzające poczucie winy – wyszłam. Ze łzami w oczach.
 
Wszędzie słyszę wymagania i wzywania do opamiętania. Gdzie w tym wszystkim jest Bóg?
 
Poczucie winy jest w Polakach mocno zakorzenione – czy zadaniem kościoła jest jeszcze bardziej je utwierdzać?
Są ludzie, którzy nie wiedzą czym jest bezwarunkowa miłość, ale wiedzą czym jest posłuszeństwo i poczucie winy. Oni wezmą całą winę na siebie. Bez miłości.

Wiele ludzi nigdy nie doświadczyło bezwarunkowej, przyjmującej miłości.

Nie wystarczy im powiedzieć, że Bóg ich kocha tak wielką miłością, że aż oddał za nich życie. Oni tego nie zrozumieją. Szczerze mówiąc ja też tego do końca nie rozumiem.
 
Ktoś kto nigdy nie doświadczył miłości ludzkiej nie zrozumie miłości bożej. „Owoce ducha świętego i błogosławieństwo Maryi” tutaj nic nie pomogą.
 
Od 3 klasy gimnazjum chodzę świadomie do Kościoła.
Przeszłam 9 pielgrzymek, byłam na kilkudziesięciu weekendowych i kilkudniowych i kilkunastodniowych rekolekcjach. Przesłuchałam kilkadziesiąt konferencji online i offline. Chodziłam do kilku duszpasterstw w Warszawie i Wrocławiu.
Wiedziałam, że moje przeżywanie wiary się zmieni i nie jest raz na zawsze. Nie spodziewałam się, że na drodze do jej przeżywania i pogłębiania stanie mi kościół, a głównie kazania księży.
 
Brakuje mi kościoła, który mnie nie oskarża.
Brakuje mi kościoła, który mnie docenia.

Światełko w tunelu

Podczas jesieni pojechałam do kościoła Dominikanów na Służewie. Wzruszyłam się podczas kazania. W końcu ktoś mnie potraktował, jakby moja relacja z Bogiem była oparta na miłości, a nie poczuciu obowiązku. W końcu ktoś to dostrzegł. Że mi zależy, że jestem dobrym człowiekiem, że wybieram Boga w wielu sytuacjach życiowych. Że jestem człowiekiem i nic w tym złego.
 
W innym kościele usłyszałam kazanie w którym ksiądz podając przykład depresji powiedział, że ludzie nie mają siły wstać z łóżka, a nie znają Boga. Czyli jakby znali to by nie mieli depresji… Co za bzdura! Wkurza mnie ta polaryzacja. Ci „w kościele” i ci „poza kościołem”. Ci „mający wartości” i ci „bez wartości”. Ci „z uzależnieniami” i ci „dobrze się prowadzący”. Ci „którym w głowie tylko rozrywki doczesnego świata” i ci „wybierający dobrze”. Ci „ze złota” i ci „z g*wna”. Ci „znający prawdziwą radość w życiu: i ci „wybierający poszlaki radości”.
 
W kościele są ludzie stosujący przemoc, manipulacyjni, egoistyczni.
Poza kościołem są ludzie kochający, wrażliwi, dobrzy.

Kościół i życie nie jest czarno białe.

To, że dane „prawdy i wartości” niektórych przyciągają, wcale nie znaczy, że oni je wyznają w sposób zdrowy. Pod przykrywką „dobrych intencji” i „prawdziwych wartości” również ludzie dopuszczają się oceniania, przemocy i oskarżania.
 
Słowa zapisane po wyjściu w trakcie mszy.
„~ Marzy mi się, aby ktoś w końcu zauważył, że nie wybieram w niedzielę między mszą a supermarketem.
Pierwszy raz wyszłam z mszy po kazaniu. Czuję się niedoceniona. Jakby ksiądz nadal mnie traktował jak tą, która szantażuje Boga i podważa jego obecność względem tego czy istnieje bo jakby był to nie byłoby wojny. Ja nie jestem tą osobą!”
Brakuje mi księdza Piotra Pawlukiewicza ❤️
 
Spotkałam w życiu kilkudziesięciu księży osobiście, pewnie kilkuset z ambony. Wielu dobrze wspominam, jako słuchających, uważnych ludzi nie mówiących niestosownych żartów i nie wzbudzających poczucia winy. Niestety zetknęłam się też z wieloma księżmi nie kierującymi się tymi wartościami i to o nich jest ten tekst.